Zaliczenie odcinków granicznych ze Szczecina do Tantow i Locknitz z
wykorzystaniem biletu turystycznego planowałem już od dawna. Wprowadzona
od połowy lipca nowa cena turystyka wynosząca 99zł sprawiła, że raczej
nie zdecyduje się na korzystanie z tej oferty w przyszłości. Byłem zatem
szczególnie zmotywowany, aby tych zaliczeń dokonać podczas długiego
sierpniowego weekendu, na który to nabyłem bilet jeszcze w starej cenie
80zł.
Upewniwszy się kilka razy na stronie
www.pr.pkp.pl/oferty-miedzynarodowe.html, iż turystyk na wspomnianych
odcinkach faktycznie jest honorowany, udałem się 14 sierpnia kilkanaście
minut przed osiemnastą na szczeciński dworzec. Zajmując miejsce w
typowym na tej trasie SZT nawet przez chwile nie pomyślałem, iż ten
przejazd może być czymkolwiek zakłócony. Tym bardziej, że byłem
absolutnie pochłonięty zastanawianiem się, czy końcówki "ow"
występujące
w nazwach wielu niemieckich miejscowości w tym regionie czyta się jako
"ow" czy może raczej jako "oł" :)
W Gumieńcach oderwany od szyby głośnym "fahrkarte bitte" podałem
z
uśmiechem nieskażonego jeszcze pieczątkami turystyka. Kierpoć dłuższą
chwilę wpatrywał się w niego, następnie zapytał mnie dokąd jadę.
Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, po czym usłyszałem, iż to jest zwykły
polski bilet i nie jest ważny w tym pociągu. W tym momencie moja
znajomość języka niemieckiego uległa wyczerpaniu, w związku z czym
poprosiłem pasażera z sąsiedniej "czwórki" o pomoc. Szybko
stanęło na
tym, iż weźmie mnie jako piątego do jakiegoś tam biletu grupowego, z
którego korzystał wraz z żoną i dwiema córkami.
Podziękowałem i skupiłem się na dalszej obserwacji trasy a także
kontrolowaniu czasu, gdyż mieliśmy 1-2 minutowe spóźnienie, a na
przesiadkę miałem ledwie cztery minuty. Gdy pociąg wjechał na stację
Tantow mina mi zrzedła. Trzy tory, z czego perony znajdują na zewnątrz
torów skrajnych. Przy jednym mój "były" pociąg, przy drugim
"przyszły",
przejścia dołem bądź górą niet, a na międzytorzu rzucające się w oczy
zakazy włażenia na tory. Gnić tutaj dwie godziny mi się nie uśmiechało,
zatem pobiegłem w kierunku przejazdu kolejowego znajdującego się we
wschodniej głowicy stacji. Liczyłem na to, że się jakoś przecisnę, ale
szlabaniki na chodniku były wyjątkowo szczelne (nie to, co u nas),
musiałem zatem pobiec środkiem jezdni i w chwilę po ominięciu półrogatek
byłem już w składzie zdążającym w przeciwnym kierunku. Zdołałem
jeszcze
wyziajać słowo podziękowania za poczekanie na mnie i zająłem miejsce
siedzące. O tym iż mój bilet jest nieważny dowiedziałem się tak szybko
jak go okazałem, zatem nauczony poprzednim doświadczeniem natychmiast
zwróciłem się o pomoc do, tym razem, współpasażerki. Kłamstwo, iż w
przeciwnym kierunku wszystko było w porządku, zadziałało i po przyjęciu
reprymendy iż nie przechodzi się, gdy szlabany są zamknięte, mogłem
spokojnie usiąść.
Z planowanej przesiadki w Gumieńcach na pociąg w kierunku Locknitz
zrezygnowałem (wszak "do trzech razy sztuka, ale co gdy za czwartym,
wypłynie ta nauka?" - głosi przysłowie ludowe). Zaliczę sobie ją
podczas
zarysowującej się coraz wyraźniej kolejowej wyprawy do Szwecji.
Tymczasem łącznicą przez Wzgórze Hetmańskie powróciłem do na dworzec
główny.
Byłem rozgoryczony, iż będąc "w porządku", jestem traktowany
jak oszust
czy, co najmniej, kombinator. Nie wiem czy wina tutaj leży po stronie
PKP PR czy też DB, jednak nie omieszkam napisać w tej sprawie do tej
pierwszej instytucji, może też do jakiejś lokalnej gazety - myślę, że
temat powinien chwycić. Ale to dopiero po tym, jak uporam się z
reklamacjami w liczbie dwóch z wcześniejszych podróży - najpierw trzeba
wyegzekwować od PKP pieniążki, dopiero później zasady :D Chyba, że inni
odbyli taką podróż bez przeszkód, a ja miałem wyjątkowego pecha?
Pozdrawiam
Mateusz Malinowski